Siedząc przed namiotem w milczeniu spoglądałem na wyrastające przede mną jak mur postrzępione skalne turnie. Widok zapierał w piersiach dech. Zachłyśnięty krajobrazem i spokojem porannej chwili pomyślałem o rzeczach, które powoli przestawały mieć znaczenie. Praca, codzienne obowiązki, nieustannie odkładane i wciąż niezałatwione sprawy…
Pora była wczesna. Zdjąłem okulary, żeby zmazać z ciężkich jeszcze powiek ostatki snu. Płomień gazowej kuchenki frywolnie tańczył pod dnem kawiarki. Uśmiechnąłem się do niego łobuzersko. Już na samą myśl spełnienia kubka gorącej kawy czułem jak wzbierają we mnie pierwsze oznaki ekscytacji. Na przebudzenie, na dobry dzień, na życie!

Nie każdy jednak urlop pachnie podnieceniem i świeżością. Są przecież urlopy (a było ich kilka w moim życiu) byle jakie. Jałowe i bezpłodne, nudne i puste. Takie, których się nie pragnie i nie oczekuje. W ogóle się ich mieć nie chce! Bo czas jest nieodpowiedni, albo niedyspozycja jakaś, albo… po prosu od samego początku nic się nie składa. Taki czas urlopowy w konsekwencji zawsze będzie zmarnowany i w dodatku strasznie męczący. A tu przecież wracać trzeba do codziennych obowiązków. Do pracy, do zadań specjalnych, do wspólnoty braterskiej, od której chciało się na czas jakiś uwolnić. Jednym słowem: lipa!

Szczęście, że w tym roku udało mi się zrealizować to, co zamierzyłem. Może nie w stu procentach, ale udało. I to jest najważniejsze. Wyjeżdżam z domu zazwyczaj po to, by odwrócić uwagę od spraw codziennych. Przestać nimi żyć, przestać o nich myśleć, udać, że nie są ważne, a przynajmniej nie teraz, zapomnieć… A wszystko po to, żeby sił starczyło na strawienie tego, co na tacy przyniesie codzienność po powrocie. I tak jest też tym razem. Zastanawiam się tylko jak długo jeszcze na tym zapale pojadę?